Szkolne Koło PCK znów na podium konkursowym

Wolontariuszki Szkolnego Koła PCK przy współpracy z Opiekunami wzięły udział w konkursie organizowanym przez Fundację im. Adama Worwy z Nowego Targu „Ilustrowana bajka dla chorego dziecka”. 

Dzięki zdolnościom literacko-plastycznym Julii Pałasz, Sary Szeligi i Gabrieli Kawuli nasze Koło zajęło III miejsce w swojej kategorii. Zapraszamy do lektury!

Bajka w rozwinięciu

 

„NADZIEJA”

Julia Pałasz, Sara Szeliga, Gabriela Kawula

 

Był piękny, słoneczny dzień. Jak zwykle wybrałam się na spacer do lasu. Biegałam beztrosko
w sukience w kolorowe kwiatuszki. Wiał wiatr, który rozwiewał moje długie, brązowe włosy. Towarzyszył mi mój ukochany pies Kajtek. Myślałam, że ten dzień będzie taki jak zawsze, że nic się nie wydarzy. Z tych rozmyślań wyrwał mnie pies. Wyskoczył na mnie i próbując coś pokazać obwiązał mi rękę smyczą. Byłam lekko przestraszona, gdy zaczął mnie ciągnąć i warczeć. Biegłam za nim, nie patrząc pod nogi i deptając kolorowe kwiaty. Odganiając latające dmuchawce nie myślałam, gdzie biegnę. Kajtek gwałtownie zatrzymał się, a ja potknęłam się o niego i upadłam. Powoli podnosząc głowę zauważyłam dużego, zaniedbanego, ale niezwykle pachnącego Żonkila. Wyglądał jakby zaraz miał zwiędnąć, dlatego zainteresowałam się nim. Był wyjątkowy, mimo iż nie wyglądał jak inne piękne, kolorowe kwiaty.

– Jak masz na imię? Ja jestem Kasia.

-Nie mam imienia, bo nikt mnie jeszcze o nie, nie spytał.

-Więc może będziesz Bartkiem?- zapytałam niepewnie.

-Świetnie! – wykrzyknął Żonkil, uśmiechając się promiennie.

Codziennie przychodziłam do niego, spędzałam z nim mnóstwo czasu. Dbałam i podlewałam, nigdy o nikogo się tak nie troszczyłam. Kajtek, który mi zawsze towarzyszył, na początku szczekał z zazdrości, warczał, a teraz i on oswoił się z naszym nowym przyjacielem. Oboje lubiliśmy się kłaść na trawie obok Bartka i spoglądać w bezchmurne niebo. Tak beztrosko upływał nam dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Byliśmy szczęśliwi. Bartek rozkwitł. Stał się ślicznym żółtym kwiatuszkiem o zdrowych zielonych listeczkach. Byłam pewna, że już nic nie zniszczy naszej przyjaźni.

 ***

Pewnego sobotniego popołudnia źle się poczułam, zaczęłam chorować. Nie odwiedzałam Bartka już tak często jak dawniej. Nie miałam siły. Z dnia na dzień byłam coraz słabsza. Do dziś pamiętam słowa mamy, która zmartwionym głosem powiedziała do taty:

-Władek, musimy ją zawieźć do szpitala! Jest coraz słabsza, nie wstaje prawie z łóżka, nie ma apetytu… Kochanie, martwię się o naszą Kasię!

W szpitalu nie było tak, jak sobie wyobrażałam. Dzieci były smutne, zrezygnowane, nie rozmawiały ze sobą. Siedziały ciągle ze słuchawkami na uszach, dziwnie się kiwając. Uśmiechały się tylko wtedy, kiedy trzymały na kolanach tablety albo telefony. Tak potrafiły spędzić całe popołudnie. Ja natomiast byłam sama, nie miałam z kim porozmawiać ani się pobawić, było mi smutno…

Rodzice odwiedzali mnie zawsze późnym wieczorem, po pracy. Przychodzili z Kajtkiem, którego wiązali na smyczy do ławki pod moim oknem. Co wieczór siadałam na szpitalnym parapecie
i wypatrywałam ich. Wtedy wracały wspomnienia z łąki i ten cudowny słodki zapach żonkila. Coraz bardziej czułam się jak Bartek. Zaczęłam go rozumieć. Tyle dzieci było wokół mnie a ja sama, przez nikogo niezauważona, opuszczona… Och, tak bardzo chciałabym go jeszcze raz zobaczyć… Tęsknota rozrywała moje serce. Z rozmyślań wyrwał mnie widok z okna. Zobaczyłam, że rodzice przyszli bez Kajtka. Kiedy weszli do sali zasypałam ich pytaniami:

– Gdzie jest Kajtek?! Dlaczego z wami nie przyszedł?! Co się z nim stało?! Mamo! Tato! Dlaczego nic nie mówicie?!

Mama mocno mnie przytuliła, a tata wyszedł bez słowa. Byłam pewna, że go już więcej nie zobaczę. Kajtek uciekł i nie wiadomo gdzie jest. Poczułam się jeszcze gorzej niż wcześniej. Odczułam w sobie ogromna pustkę: nie mam Bartka, a teraz nie mam już  Kajtka…

 ***

Nie widziałam moich przyjaciół od kilku dni. Byłam coraz słabsza. Rodzice byli bardzo smutni, mimo iż zawsze się do mnie uśmiechali. Stali się mniej rozmowni. Mimo to, gdzieś w głębi serca wierzyłam, miałam nadzieję, że znowu wszyscy będziemy szczęśliwi.

 I tak pewnego słonecznego poranka zaskrzypiały drzwi do mojej sali, ale nikt nie wszedł. Nie było lekarza ani pielęgniarki. Dopiero podnosząc się z łóżka kątem oka zobaczyłam Kajtka, merdającego ogonem. Stał w progu, a w pysku trzymał żonkila. Nie wierzyłam własnym oczom. To nie był zwykły żonkil, to był Bartek!!!

 

***

Zawołałam Kajtka, a on szybko wskoczył na moje łóżko. Przytulając się do niego widziałam zdziwione twarze dzieci siedzących na sąsiednich łóżkach. Nie wiedziały czy maja krzyczeć czy się bać, czy wołać pielęgniarkę. W końcu oderwały swój wzrok od komórek i tabletów – zainteresowały się moją osobą. Wzięłam Bartka, delikatnie go przytuliłam i wyszeptałam: „Kocham Cię!” Zerwany kwiat zaczął powoli więdnąć w moich dłoniach.

– Nie chcę Cię stracić – powiedział kwiat.

– Ale Ty nic nie możesz zrobić! – odrzekłam.

– Kasiu, Ty dałaś mi coś, co jest cenniejsze niż moje życie, dałaś mi przyjaźń…

-Nie! Proszę! Nie zostawiaj mnie! – wykrzyknęłam zdławionym głosem i ze łzami w oczach.

Poczułam, że powoli go tracę, zemdlałam…

Gdy obudziłam się Bartka ani Kajtka już przy mnie nie było. Siedzieli jednak obok przytuleni do siebie i uśmiechnięci rodzice. Usłyszałam głos mamy, która  z radością powiedziała:

– Kasiu, jesteś już zdrowa. Nie wiemy jak to się stało… To cud…

Po jej twarzy spływały łzy, ale były to łzy radości. Ja nic z tego nie rozumiałam, nie wiem co się stało, jak długo byłam nieprzytomna, ale jedno wiedziałam – teraz czułam się bardzo dobrze. Choroba jakby odeszła… Rodzice przytulili mnie…

Nagle usłyszałam głosy dzieci z sąsiednich łóżek, które wołały:

-Kasiu! Kasiu! Chodź do nas! Podejdź do okna! Zobacz, ktoś na ciebie czeka!

Wierzyć mi się nie chciało w to, co słyszę i w to, co widzę: wszystkie dzieci rozmawiały ze sobą, śmiały się, pomagały jeden drugiemu stać o własnych siłach, a na ich pustych łóżkach leżały pozostawione tablety i telefony. Tata pomógł mi wstać i sama do nich podeszłam. Kajtek był przywiązany do ławki i merdał radośnie ogonem, a obok w żółtej doniczce posadzony był Bartek. Radości nie było końca.

 

 

 

 

***

             Po powrocie do domu razem z moimi Przyjaciółmi założyłam żonkilowy ogródek. Co roku pod oknem szpitalnym na wiosnę kwitną piękne żonkile, które dają uśmiech i nadzieję chorym dzieciom.

 ***

Gdybyście kiedyś stracili wiarę, nadzieję na lepsze jutro – pamiętajcie o przyjaźni
i otwartości na drugiego człowieka. Każdy z nas ma w sobie żonkila – symbol nadziei, radości, miłości – dbajmy o niego, żeby zawsze był rozkwitniętym kwiatem.